|
O autorze
Ostatnie notki
Zakładki:
Dla oka
Dla ucha
Przyjaciele i znajomi
Zaglądam
|
wtorek, 23 września 2008
KUCHNIA
Zapukaj cicho puk puk puk do moich antywłamaniowych drzwi patrz piórka mam zlepione całe... Leżę tu pod stołem w kuchni szukam w całym czarnych dziur jak w żółtym serze... Przyjedź... to się nawrócę... to uwierzę jeszcze raz... Halo... mi tu szaro... halo... szaro tu... halo... mi tu szaro... halo... szaro tu mi... Przyjedź... pójdźiemy do zoo... na słonie, wieloryby, gdzie rozwydrzone dzieci krzyczą... I nie pal tyle tytoniu, nie wdychaj, jestem wrogiem nikotyny, a zimą to szczególnie jestem wrogiem, Przyjedź... to się nawrócę... to uwierzę jeszcze raz... Przywieź mi obrazki ładne, książki mądre i słodycze, albo landrynkową piękną śmierć...
wtorek, 09 września 2008
JA OCEAN NIESPOKOJNY,
W MOJEJ GŁOWIE GWIEZDNE WOJNY...
Nie ma sensu mówić, jak się czuję po pogrzebie. Mam ochotę się zatrzymać, a nie mogę. Karuzela życia, szybciej, szybciej! Jestem przygnębiona ciągłym pędem. Gdzie moja Afryka, bezwarunkowa akceptacja każdego dnia, cokolwiek by się nie działo? Czuję się zrezygnowana, pokonana. Chyba potrzebuję jakichś bodźców z zewnątrz...zwłaszcza, że ostatnio mało czytam, mało oglądam, mało MYŚLĘ. Raczej rozmyślam o wszystkim, co kręci się wokół mnie, o sobie, o P., o nas i o naszym kuchennym bałaganie. Ratunku. Chciałabym to wszystko zobaczyć z innej perspektywy. W ramach melancholijnego nastroju jesiennego, cały dzień słucham dziś Kleerup ft. Lykke Li - piękne.
wtorek, 02 września 2008
"PORAŻONY PRĄDEM Z NIEBA"
M. nie żyje. Dowiedziałam się wczoraj. Nie wiem nawet, co napisać. Co powiedzieć. Nawet nie potrafię ubrać w słowa, tego co czuję. Nadal nie mogę w to uwierzyć... Żal, pustka, smutek, wszystko. Nie wyobrażam sobie, jak może go już nie być... Nie wyobrażam sobie, jak to możliwe, że już nigdy nie porozmawiamy, nie powspominamy, nie powściekamy się na siebie, nie pośmiejemy. Że ostatniego maila napisałam ironicznie, że nie zdążyłam mu powiedzieć, ile dla mnie znaczył i kim byłabym bez niego. To on mnie w pewnym sensie ukształtował, on pierwszy. Było dużo pierwszych rzeczy... Już nigdy nie będę mogła czytać Henry'ego Millera, słuchać PJ Harvey, zachwycać się egzaltowaną i słodką Anaïs Nin bez poczucia, że smakuje inaczej. Czuję się, jakby ktoś mi zabrał świadka samej siebie. Że już tylko ja zostałam, ja pamiętam. Już nigdy mi nie przypomni moich złotych myśli sprzed dziesięciu lat, nie będzie się śmiał z naszych wielkich planów, które mieliśmy. To jakby umarł kawałek mnie, który żył w nim. I teraz jedyne, co zostało, to jego kawałek we mnie. Ale trudno mi go nosić wiedząc, że już nigdy nie sprawdzę, nie dowiem się, nie skonfrontuję, czy on widzi to tak samo. Zostałam z nim sama i ciężko mi... Młody, ty sukinsynu! Nie tak miałeś umrzeć! Dlaczego po tylu latach, przyjaźni, miłości, nienawiści, i długiej, za długiej nieobecności, wciąż wciąż nie potrafię sobie wyobrazić, że Ciebie nie ma!? Nie tak miało być, nie tak. Zawsze myślałam, że umrze niczym gwiazda rocka. Nasz człowiek-mit, człowiek-legenda. Sikałyśmy w majtki, my, naiwne szesnastolatki, kiedy mogłyśmy spijać każde jego słowo w zadymionym Smoku, gdy raczył czasem na nas spojrzeć. A potem, byłam jego Moną, a on moim Henrym. Razem się nie dało, ale bez siebie też bywało ciężko. I choć dłużej w innych światach, zostawił na mnie ślad, jak wypalone piętno. Tak, bez niego nie byłabym tym, kim jestem. Mam jego wiersze i piosenki. Żałuję tylko, że zachowałam ich jedynie kilka. Wszystko, co po nim mi zostało, to nieblaknące wspomnienia, maile z ostatniego roku i kilka tysięcy znaków na papierze, czarnym długopisem. Nie wiem, co powiedzieć. Mam w sobie dziurę. "Uwikłany w sprawy PS. Niech za cały komentarz będzie to, co napisał o nim Sanczo na ich Myspace... (na dole w komentach)
środa, 27 sierpnia 2008
PS.
Jak narysować Monę Lisę w Paincie? Fascynujące, nie?:-) Choć trochę smutno się robi, kiedy po obejrzeniu nasuwa się refleksja - Leonardo? Panu już dziękujemy. Pan się nie załapał. Witamy w XXI wieku! Aha, czy ktoś z Was wie, skąd można wytrzasnąć komiks Agaty Nowickiej (Endo) "Projekt: człowiek"? Nakład wyczerpany, nigdzie nie ma. Ratunku. DLA Q.
Dziś specjalnie mały wpis dla Qqiny. Otóż - nie mam nic do powiedzenia. Nastrój mam średni. Zaspałam, prawie się pokłóciłam z P., bo on też zaspał i rano biegaliśmy jak opętani, piecyk przestał działać i musiałam się myć ciepłą wodą z garnka, a na domiar złego mam spadek nastroju pt. the day after. Nie wiem, w jakiej kolejności mam napisać poniższe spostrzeżenia, ale niech będzie w przypadkowej: Czy ja mówiłam, że kocham kamienice i nie wyobrażam sobie życia gdzie indziej? Odszczekuję!!! Mam dość pieprzonych piecyków gazowych! To już trzeci raz w ciągu dwóch lat. Piecyk ma trzy lata, a gwarancję na 10. I psuje się co rok! Brrr, dobrze, że lato jest (podobno). A propos lata - jakże jestem mądrą dziewczynką, że mimo zapowiadanych 25 stopni (haha, akurat! to jakaś kpina!), ubrałam się jesiennie. Bo by mi normalnie tyłek zmarzł. Btw, oczko mi poszło. I z powodu porannych przygód nie przyłożyłam się do tego, co mam dziś na głowie. A mam siano mianowicie. Pysznie. Do bani to wszystko. Afryko, wróć! Gdzie jest to błękitne niebo, ta rzeczywistość, której się nie kwestionuje... Tu zawsze podważam aksjomaty. Tam akceptuję wszystko, jakim jest... No i oczywiście speaking of the day after - już nigdy nie będę się tak rozrywać wieczornie, o nie. Co prawda spało mi się znakomicie, ale nastrój następnego dnia jest po prostu porażką. Dobrze że idę dziś do profesjonalnego poprawiacza humoru, nastroju, samooceny, i ogólnie wyprostowywacza mojego dzisiejszego spojrzenia na świat. Może coś mi pomoże. No. A to dopiero pozytywny wpis, kurna. A, no oczywiście jeszcze powinnam dodać, że szukam pracy. Jestem znudzona, sfrustrowana, niczego się już nie nauczę i tylko tu głupieję. Te dwa lata były mi szalenie potrzebne, ale naprawdę, czas już ruszyć w drogę. Żebym się tylko jeszcze tak strasznie nie bała... Nie wiem czemu, ale kiedyś nie miałam takich lęków. Trzeba było iść do przodu - proszę bardzo. Bez oglądania się za siebie, brałam się za kolejne zmiany i było dobrze. Po dwóch latach zawodowej mega stabilizacji, ciepełka i mentalnych kapci, coś mi się stało - zaczęłam się bać. Że sobie nie poradzę, że nie wytrzymam presji oczekiwań, że bla bla. Najgorsze jest to, że co prawda dość lubię mój zawód, ale wiem, że jest tyle rzeczy, które lubiłabym bardziej... I które są mi kompletnie niedostępne...Przecież nikt nie weźmie starej 28letniej krowy na staż na przykład. Zaczynanie pięcioletnich studiów też nie wiem, czy ma sens... Kurna no. Dobra, koniec tego marudzenia. Idę pooglądać oferty. Założenie jest takie, że do końca dnia będę uśmiechnięta od ucha do ucha. Apdejt: Znalazłam dziś obrazek, świetnie ilustrujący moją dzisiejszą postawę życiową. A poza tym już mi lepiej;-) Ze wszelkich życiowych dolegliwości narzekam tylko na głód (J. poszła na spotkanie do telewizorni i kazała na nas czekać z lanczem. A nas skręca.)
czwartek, 21 sierpnia 2008
KRÓTKI PRZEGLĄD PRASY PORANNEJ
Z dzisiejszego Presserwisu:
Miłego dnia
środa, 20 sierpnia 2008
ŚWIAT MNIE OSZAŁAMIA
Nie nadążam za światem. Ostatnio mam wrażenie, że zostałam gdzieś daleko z tyłu. Już pomijam fakt, że po podpisaniu nowego aneksu do umowy, mój operator dał mi tyle rzeczy w pakiecie, że nawet nie umiem z nich skorzystać, w moim wypasionym telefonie, który mam od maja, używam tylko sześciu klawiszy, a minut darmowych mam tyle, że chyba będę wisieć z telefonem przy uchu całymi dniami, bo właśnie dostałam wiadomość, że pozostało mi na koncie 850 minut i 1020 smsów. Lub 515 mmsów. Masakra. Too much! Właśnie dowiedziałam się również od znajomego dziennikarza branżowego, że jednym z nowych wirtualnych operatorów komórkowych stał się Carrefour. Od kilku miesiecy Carrefour jest MVNO*. Cały myk polega na tym, że są tam jakies profity - typu za 10 zł wydane na zakupy jest darmowa minuta na połączenia telefoniczne. Taki niby program lojalnościowy. MVNO jest tez Snickers i Avon! Nie wiem, dlaczego mnie to tak uderzyło. Ale poczułam, że nie nadążam. Niby interesują mnie takie niusy, wczoraj zaczytałam się na temat akceleratorów, czy innych cudów. Ale chyba mi się mózg zlasował. Nie wchłonęłam. Stop, mam dość, niech to wszystko na chwilkę zwolni, proszę... Za dużo. Za szybko. I nie wiadomo, po co. Świat mnie oszałamia. Chcę wracać do Afryki... Dla lubiących takie rzeczy, polecam gorąco stronę Focusa. Moja ukochana lektura, jeśli chodzi o miesięczniki i strony internetowe. A na pytania Qqi o ciąg dalszy naszych przygód - cóż, lżejsi o tysiaka, ale szczęśliwi - alternator zakupiony. I pasek klinowy i rolka napinacza. Samochód nam dziwnie huczy na niskich obrotach, ale może po prostu musi się przyzwyczaić?... Poza tym jestem trochę zmęczona, dziś usnęłam na biurku. Dosłownie. Zaspaliśmy do pracy i jedyne, co mój mężczyzna był w stanie powiedzieć między wstaniem z łóżka a drzwiami wyjściowymi, to, jakże mądre: "kotku... dziś po dobranocce...błagam...". Więc taki jest plan. Po pracy małe randez vous z BB i moim zaległym obiadkiem urodzinowym, a potem do domu i śpimy. ŚPIMY do oporu!... *Dla mniej zorientowanych: MVNO - operator wirtualny (ang. Mobile Virtual Network Operator - MVNO) - operator nie posiadający własnej infrastruktury sieciowej, wykorzystujący sieć tradycyjnych operatorów w celu świadczenia swoich usług. Właściwie skrót MVNO należałoby tłumaczyć jako "operator wirtualnej sieci mobilnej" (źródło - gugle)
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
WEEKENDOWE NIESPODZIANKI
Miałam nawet coś napisać w weekend, ale oczywiście nie wyszło. Z planów wyjazdowych nic nie wynikło. Po licznych konsultacjach zdecydowaliśmy, że nie ma co się rzucać bez planu na Mazury przy takiej prognozie pogody. I jak się okazało, słusznie. W czwartek P. z Bo poszli na kawalerski, a ja z ulgą zostałam w domu i wreszcie trochę odpoczęłam. P. wrócił o piątej, więc też rano nie było mowy o wstawaniu. Lenistwo sięgnęło totalnego zenitu, kiedy o szesnastej, podczas fascynującej rozgrywki w scrabble, którą toczyliśmy wciąż nieubrani i niedomyci w łóżku, uznaliśmy, że nie chce nam się nawet odgrzewać obiadu teściowej, który leży w lodówce, i że prościej będzie zamówić pierogi ruskie na telefon. Co też uczyniliśmy. Właściwie do szczytu szczęścia brakowało żebyśmy zjedli je z plastikowej tacki, bo przynajmniej nie trzeba by było wstawiać naczyń do zmywarki;-) Po bitwie pierogowej, zmęczeni straszliwie, podjęliśmy potyczkę scrabblową. Nie nacieszyliśmy się długo, bo wtedy zadzwoniła BB, że za pięć minut jest u mnie pod domem i mamy natychmiast wkładać gacie i schodzić, bo jedziemy do J&D, pić hektolitry wina właśnie przywiezionego z Toskanii z okazji powrotu i ich zaręczyn. Uprzejmie zapytałam, czy przynajmniej mogę umyć zęby. Mogłam. Tak więc, w wersji raczej uproszczonej, ledwo w coś okutani, ale z czystymi zębami, pojechałyśmy na Kabaty. P. pojechał jeszcze do domu, skąd zgarnął Bo i K., i dojechali do nas chwilę później. No było pięknie:-) Zdjęcia cudne, wino pyszne, mojito własnym sposobem dość obrzydliwe, ale co tam, ogólnie rewelacja. Nie wiem, co było dalej, obudziłam się zaspana koło 3 nad ranem pod własnym domem, eskortowana przez prywatnego tragarza i pomoc w postaci Bo, który miał spać u nas. Taaa... mówiłam, że mam podejrzenie narkolepsji? Usypiam bez uprzedzenia i natychmiast - jednym słowem, padam bez czucia tam, gdzie stoję. Po pracowitym piątku nadeszła równie pracowita sobota. Na fali wieczornego (z dnia poprzedniego) wspomnienia, po krótkiej telekonferencji, postanowiliśmy całą bandą pojechać do Czerska. Tym razem umyci i nawet ubrani;-) Było cudnie:-) Zrobiliśmy sporo zdjęć, ale podzielę się tylko pocztówką z raju: To ręka Bo oczywiście. To tak na wszelki, gdyby ktoś jeszcze pamiętał naszą sesję foto z zaliczenia na studiach, gdzie wizualizowaliśmy jeden z grzechów głównych (zgadnijcie jaki;-)) Zdążyliśmy wyjechać w samą porę, bo nieprawdopodobna, cholerna, huge piorunoburza prawie nas zmiotła z powierzchni ziemi. Pędem więc do Maćków, bo I. przygotowywała przyjęcie-niespodziankę z okazji urodzin M. Niestety, zdążliliśmy sporo wódki wypić, zanim jubilat się zjawił, bo przecież akurat wtedy musiał mu paść samochód. Pod Sulejówkiem. Zdołowany, dzwoniąc na przemian do P., Bo. i I., (podczas, kiedy my padaliśmy ze śmiechu, udając, że każde z nas robi co innego i nie wiemy, co u reszty - brawo dla talentu aktorskiego wszystkich operatorów telefonów!:-)) wziął taksówkę i się dotoczył wreszcie. Warto było zobaczyć jego minę, jak wszedł:) Był w takim szoku, że cały czas powtarzał, że to najpiękniejszy dzień jego życia:) Natomiast mnie wzięło i rozłożyło stomatologicznie. Żadne Zło w postaci używek różnorakich nie pomogło, trzeba było się ewakuować do domu i znieczulić ketonalem w ilościach hurtowych. I żeby nadal było wesoło, wczoraj pojechaliśmy sholować samochód M. Do rzeczonego Sulejówka. Niestety, dupa. Samochód pozostał w stanie zgonu, natomiast zachowanie naszego, zapoczątkowane w sobotę podczas burzy, pogorszyło się pod względem dziwności. Oszczędzę szczegółów. Dodam tylko, że P. prawie się udusił ze śmiechu, kiedy o północy leżał z głową pod kierownicą i nogami na tylnej szybie, świecąc sobie telefonem i coś kombinując w czeluściach kabelków, a ja czytałam mu smsa od my best friend K3ego, który na wołanie o pomoc we wskazaniu jakiegoś elektryka samochodowego 24h, odparł, że w momencie kiedy dostał esa, waliło mu dymem spod maski, poszła chłodnica. Pod Puławami. W ramach atrakcji: AN odpadła z tyłu tablica rejestracyjna, BB siadły kontrolki od poziomu paliwa, samochód Bo wali dymem spod machy i widzi na jedno oko, nasz się zaparł, wziął i stanął pod domem i prawdobodobnie właśnie został odholowany do warsztatu, a samochód M. oczywiście wciąż w Sulejówku. Epidemia jakaś. Ale już niedługo zapomnimy o przygodach automobilnych, bo czekają nas nowe atrakcje: robimy gruppenwypad na The Roots. Wystarczy chyba na dziś. Idę odpocząć. Od pracy oczywiście.
czwartek, 14 sierpnia 2008
KOLEJNY CIĄG DALSZY BEZ POCZĄTKU
Coś ma w sobie ten sierpień, że zawsze zaczynam z tego punktu, w którym coś zostawiłam. Wszystkie demony Wszechświata postanowiły trochę zamieszać mi w głowie - bo przecież jak się nie ma żadnych problemów, to trzeba je sobie stworzyć. Więc stwarzam. Pochłonął mnie chaos i nie byłam w stanie uczepić się nawet żadnej konkretnej myśli. Bo chciałabym zrobić cokolwiek - ale kiedy się ma zamiast mózgu kłąb spętlonych myśli, lęków i wątpliwości, to nawet trudno wyciągnąć z niego jakąkolwiek nitkę i próbować zająć się czymś choćby na początek. Żeby zdecydować o jakiejś zmianie. Dziś już jest dobrze. Wracam do siebie. "Do siebie" - czy ktoś, kto wymyślił to banalne i nadużywane powiedzonko, zdawał sobie sprawę, co naprawdę znaczy? Wracam do siebie. Do mojej głowy, moich codziennych nastrojów, mojego uśmiechu, mojego ciała, moich planów, moich marzeń, tego widoku i perspektywy, która się rozpościera na wysokości moich oczu... i trzeciego oka. A na deser kawałek Lema ("Obłok Magellana"): "(…) Kiedyś będziesz miała wiele rzeczy za sobą i mało przed sobą. Będziesz może szukała wśród wspomnienia jakiegoś oparcia, czegoś od czego zaczyna się rachubę lub na czym się ją kończy. Będziesz już całkiem inna i wszystko będzie inne, i nie wiem, gdzie będę, ale to nieważne. Dostałam go od P. Uwielbiam iskry w jego oczach, tak jak wczoraj, kiedy wyszperał u mnie na półce z książkami rozmowy Beresia z Lemem. |